Spokojnie, to całkiem normalna demokracja. Z profesorem J. Jedlickim rozmawia B. N. Łopieńska (fragmenty wywiadu z pisma "ResPublica"). |
|
|
||||||
| | ||||||
|
|
|
|
| |||
|
|
||||
| | ||||
|
|
|
|
|
|
|
Na politykę trzeba patrzeć jako na sztukę realizowania tego, co możliwe, a nie spodziewać się po niej wcielenia ideałów, bo tym polityka nie była, nie jest i nie będzie. Po każdych wyborach czytam w prasie, że znowu nie było walki programów albo że czyjś tam program to same ogólniki. A ja od nikogo nie oczekuję programu. Bo co to znaczy program? To jest zapowiedź, co będę realizował, kiedy dojdę do władzy. Otóż w tym systemie nikt na ogół nie zdobywa takiej władzy, żeby mógł realizować własny program. Każdy musi iść na setki kompromisów i dostosowywać się do aktualnej sytuacji. Więc program powinien być właśnie ogólnikowy, zawierać zasady działania i tyle. Jest taki paradoks demokracji polegający na tym, że suwerenność i władzę wyborczą oddaje się z samego założenia w ręce ludzi, którzy w swej masie nie są, bo i nie mogą być, kompetentni. No i nic strasznego się z tego powodu nie dzieje.
Żeby wytłumaczyć wyborcom konstrukcję budżetu i o co tam toczą się spory, żeby wytłumaczyć, o co idzie w różnych wariantach opodatkowania albo funduszy emerytalnych, to naprawdę wymaga dużej znajomości rzeczy, co zresztą daje przewagę urzędnikom nad politykami, którzy muszą się zajmować setką spraw naraz.
Jeśli polityk taki jak L. Balcerowicz ma przekonanie, że postępuje słusznie, i ma swoją wizję polityki gospodarczej, to publiczność odczuwa to jako arogancję, bo on jest pewny siebie. A on jest pewny siebie, bo publiczność jest niekompetentna, dla niego partnerami do dyskusji są tylko ekonomiści.
"W ogóle" to poprzestałbym na znanym aforyzmie, że w systemie demokratycznym taka jest polityka, jakie społeczeństwo.
Często słyszy się taki argument, tłumaczący na przykład absencję wyborczą, że ludzie nie widzą związku między swoim życiem a tym, co robi premier czy radny, i dlatego tracą zainteresowanie wyborami.
Jeśli pani pyta o moją wizję życia publicznego, o wzorzec kultury politycznej (bo przecież politykę robi kilkuset ludzi, a kulturę polityczną wszyscy, a już zwłaszcza inteligencja), to powiem, że idzie mi, do diabła, o żywe dyskusje na wielkie tematy życia publicznego z zachowaniem szacunku dla przeciwnika. Koniec. I bez tego głupiego, fałszywego przekonania, jakie lansuje nasza telewizja, że ludzie nie są w stanie dłużej niż pół minuty skupić uwagi na człowieku, który ma coś do powiedzenia. Krytykuje się poziom mediów w Ameryce, ale oni mają kanał telewizji publicznej, który ma oglądalność, nie wiem, czy dwa procent, ale odgrywa dużą rolę w życiu politycznym. Tam dyskusja może trwać godzinę i każdy może spokojnie wyłożyć swoje racje. Zapraszam na stronę pisma Respublica. |
||||
|
|
||||
![]() |
|